index.html              contakt.html

misja.htmlonas.htmlpatroni.htmlsponsorzy.htmlgaleria.html

ROSJA
MONGOLIA
CHINY
WIETNAM
KAMBODZA
TAJLANDIA
INDIE
NEPAL
 

Azja 2011 przygotowania.

Wyprawa Azja 2011 jest przedsięwzięciem dosyć złożonym. Wymaga nakładu pracy i cierpliwości.  NIe mogliśmy sobie pozwolić na niedopełnienie formalności, czy nie kupienie biletu. Nawet podróż autostopem wymagałaby wielu przygotowań. 
Po prostu istnieją rzeczy, których nie da się obejść. Od czego zaczeliśmy?

                                   

Alicja Firlej, Agata Kałmuk, Jacek Stec i Marcin Łazowski to osoby, które uczestniczą w powyższej wyprawie i ją organizują. Każda z tych osób ma inną wizję tej podróży i inne poglądy na podróżowanie. Jedni chcieliby podróżować w typowo turystyczny sposób skupiając swoją uwagę głównie na atrakcjach turystycznych, sypiając w hostelach i podróżując środkami transportu publicznego. Inni natomiast woleliby pojechać na spontanie, nic nie planować i przebywać z dala od ludzi na łonie natury. 
Mimo tych różnic muszą ze sobą współpracować, ponieważ jadą razem. Postanowili, że spróbują wszystkiego i każdy coś od siebie pokaże.
Bardzo ważną rzeczą są oczywiście wizy, zaproszenia, vouchery, ubezpieczenie i transport. Kolejne istotne elementy to promocja, strona internetowa, ogólnie informacja, kontakt z mediami.
Wszystkie te zadania były rozdzielone miedzy uczestników wyprawy.
Alicja wzorowo spisała się przy sprawach związanych z wizami i wszelkimi formalnościami. Załatwiła wizy do Rosji, Mongolii oraz Chin. Rosja wymagała jeszcze posiadania zaproszenia, vouchery oraz ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków. W wielu przypadkach pomogły nam agencje specjalizujące się w tego typu sprawach, co skróciło czas i nerwy przy organizowaniu tego wszystkiego. Bilety również wymagały sporo pracy, kontaktowania się z agencjami i ustalania terminów podróżowania pociągami spójnych z datami wjazdów i wyjazdów na wizach. 
Budową strony internetowej i pisaniem tekstów zajął się Marcin. Mimo iż nigdy nawet nie stanął na schodach szkoły informatycznej bardzo się postarał, aby strona azja2011.com była miła dla oka, przejrzysta dla umysłu i oddająca charakter wyprawy. Budowaniem stron zajął się kiedyś sam w domu i jako samouk zamknięty w czterech ścianach zagłębiał się w tematyce grafiki i budowania stron www. Przy stronie poświęconej wyprawie spędził wiele tygodni budując każdy element osobno, aby była jedyna w swoim rodzaju, a nie robiona na bazie gotowych szablonów. Kolejną rzeczą, którą się zajął to tematyka survivalu, topografia i dzika kuchnia. Ma zamiar spędzić dużo czasu poza miastem.
Agata zajęła się poszukiwaniem informacji na temat odwiedzanych krajów i miejsc godnych odwiedzenia. Zgromadziła dużo materiałów i rozesłała do wszystkich członków wyprawy. Poświęciła wiele dni na zbudowanie własnego przewodnika odnoszącego się tylko do nadchodzącej podróży. Dzięki temu podróżnicy nie będą musieli błądzić i pytać się ludzi co, gdzie i kiedy?
Kontaktami z mediami i całym marketingiem zajął się Jacek. To on znalazł Alicję i Agatę do tej podróży i zaproponował im wspólną wojaż. Dzięki niemu i wy czytacie ten artykuł. Godzinami serwował po internecie i rozsyłam maile z ofertami patronackimi i sponsorskimi utrzymując stale kontakt z nimi.
Działając w taki sposób Alicja, Agata, Jacek i Marcin czują się pewniejsi , że podróż się odbędzie i zrealizują wszystkie swoje cele. Kooperacja w takiej postaci prawie zawsze owocuje sukcesem i jest  konieczna przy tak długim i niebezpiecznym zadaniu jaki sobie postawili.

02/06: Wyruszyliśmy z Dublina i kierujemy się na prom do Rosslare skąd popłyniemy do wybrzeży Francji. Pogoda wymarzona, dużo słońca z lekkim wiatrem, godz 21.30 wypływamy . Noc z czwartku na piątek spędzamy w grupowym pomieszczeniu przy zapalonym świetle z tłumem chrapiących ludzi. W piątek po 18 godzinach spędzonych na promie dobijamy do Charebourg we Francji. Marnujemy trochę czasu na poszukiwania jedzenia. Godzina 5.00 wybiła i wszystko już zamknięte, a człowiek głodny, to i zły;/
Wieczorną porą docieramy do miejsca, do którego chyba każdy kto choć trochę interesuje się historią chciałby przyjechać. Miejsce to znajduje sie w Normandii. Tak, tak o tą Normandię właśnie chodzi. 06/06/1944 roku słynne D-Day miało tam miejsce, największy desant morski w historii wojen. Niepowtarzalne widoki, klify, długa złota plaża.To tam miała miejsce rzeź okresu tej okrutnej wojny. Bitwa miała na celu otwarcie frontu zachodniego i wyzwolenie Europy z rąk nazistów. 

Francuzi jak to oni nie mówią po angielsku, a jeśli nawet ten język znają to i tak ich język jest najlepszy i tylko w nim się porozumiewają. Próbujemy rozbić namiot gdzieś na środku pola, ale pewien stary i wredny żabojad pogonił nas i wskazał drogę na camping. Fuck you... jedziemy gdzie indziej na dziko sie rozbić. 2km dalej znajdujemy kawałek trawnika i tam spędzamy noc w namiotach. Naszym oczom ukazała się grupka drechów w dwóch BMW, która węszyła chwilę przy naszym obozie i odjechali. Tę noc spędziłem z nożem rambo pod poduszką.

                            jacek stec i marcin łazowski

04/06: Jedziemy przez Francję do Belgii. Duszno i niesamowity skwar. Termometr wskazuje +31. Francuskie drogi są świetne, równe, bez dziur. Wieczorem zawitaliśmy do rodziny Marcina w centrum Bruxeli. Marcin ostrzegał, że pęknie flaszka z wujkiem Andrzejem i my na pewno umrzemy po piciu z nim. Zwiedzamy razem stolicę Europy. Nic szczególnego poza starym miastem, które lśni pięknem barokowej i renesansowej architektury, dużo turystów, pełno restauracji i ogólnie wszechogarniająca komercha. Dobra wracajmy do picia... najpierw cognac, później kilka piw, dalej wino i mojito. My odpadliśmy ledwo żywi, wujek jakby nigdy nic.

05/06: Holandia przywitała nas słonecznym dniem. Zaczynamy od poszukiwań Marcina koleżanki ze szkoły średniej, z którą nie widział się ze sto lat, a obiecał, że kiedyś do niej wpadnie z wielkim hukiem. Pojechaliśmy najpierw pod adres, gdzie powinniśmy ją zastać. Niestety zamiast niej natknęliśmy się na kolegę jej kolegów, który dowiedział się specjalnie dla nas, gdzie możemy znaleźć poszukiwaną. Zawiózł nas do dużego hangaru, gdzie siedziało całe towarzystwo. Wchodzimy przez lekko podniesione drzwi, przez które wpadają promienie słońca do zacienionego wnętrza magazynu. Marcin stanął na środku sali i pyta czy zastał Elwirę? Wszyscy milczą nie wiedząc, o co chodzi? Sama Elwira go nie poznała i dyskretnie nie ujawniając swojej osoby cicho pyta....a w jakiej sprawie? Nikt nie wie kim jesteśmy i czemu pytamy się o koleżankę. Chłopak, który nas przywiózł powiedział tylko....Ja ich tylko przywiozłem i odszedł. Atmosfera jest napięta, Marcin śmieje się w myślach, Elwira pokazuje swoją odwagę i robi kilka kroków w jego stronę. Na twarzy ma wszystkie emocje do czasu, aż pojawia się promienny uśmiech i słowo...Marcinek! Rzuca mu się na szyję i wszyscy buchają śmiechem. Przyłączamy się do grona jej przyjaciół i rozmawiamy o życiu na emigracji. Później Marcin porywa Elwirę na miasto Breda w poszukiwaniu ziół zawiniętych w rulonik. Przywracają stare wspomnienia, zwiedzają trochę miasto i planują kolejne spotkanie. Po paru godzinach opuszczamy Elwirę, jej przyjaciół i uderzamy na Niemcy.

05/06: Jedziemy autem po autostradzie w kierunku Hamburga, gdzie żyje Marcina kolega. Trochę pada deszcz, później trochę słońca. Słońce, które opada z minuty na minutę, zbliża się wieczór. Pewni siebie zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy na drogę krajową, jeszcze mokrą po deszczu. Rozpędzeni do prędkości niemałej zbliżamy się do świateł, które zmieniają się na czerwone. Marcin naciska pewnie hamulec, a tu.... żadnej reakcji, wciska pedał jeszcze kilka razy i nic...już jesteśmy na światłach, wszystko trwa kilka sekund. Marcin zdecydował się na hamowanie ręcznym. Auto wpada w poślizg z którego udaje się wyjść bez szwanku. Wpadamy na środek skrzyżowania na czerwonym świetle. Ludzie patrzą się na nas jak na idiotów, ale cóż siła wyższa. Cofamy i ustawiamy sie na linii jak należy. Jesteśmy lekko przerażeni, serducho bije szybciej niż zwykle... k---a nie mamy hamulców! krzyczy Marcin... fuck, fuck, fuck! Zjeżdżamy na pobocze i szukamy wady. Po chwili zatrzymuje się auto na niemieckich rejestracjach, ale wyłania się z niego Polak, sympatyczny Robert, który decyduje się udzielić nam pomocy. Okazuje się, że hamulce były po prostu zapowietrzone do tego stopnia, że nie zadziałały. Po chwili znów działają. Dzwonimy do Pawła z Hamburga i umawiamy sie z nim na spotkanie w jego domu. Zawitaliśmy po godzinie. Gadka-szmatka i palimy zioło przywiezione z Holandii. Wspominamy stare czasy z Polic, Jacek lekko zaskoczony komentuje...jesteście hard-corowi! Następny dzień spędzamy pod autem. Odpowietrzamy cały układ hamulcowy, aż w końcu po paru godzinach udaje się wszystko naprawić jak należy. Przed nami już tylko droga przez Niemcy.

06/06 Witamy w Polsce! Po przejechaniu granicy od razu rzucają się w oczy dziurawe drogi zbudowane tanio, szybko i byle jak, bo grupka wykonawców, inwestorów i urzędników podzieliła kasę miedzy sobą. Drogi te nie pasują do ładnych, nowych osiedli u ich boku, ale to nie Ameryka, to Polska, tu nie Hamburger, tu kiełbasa swojska;) Dobra, już nie mówmy, że taka zła ta Polska. Wjeżdżamy do Polic, miasta Marcina. Jacek miło zaskoczony. Miasto przesycone zielenią, dobre drogi, kolorowe budynki tylko ludzie krzywo się patrzą, bo tak już po prostu mają. Impreza za imprezą, wycieczki krajoznawcze, załatwianie kilku spraw. Przygotowania trwają i niecierpliwe czekanie na wyjazd do Lwowa...

13/6 Marcin opuszcza Police i udaje sie do Lublina, aby dołączyć do Jacka i przy okazji zobaczyć sie z koleżankami, z którymi mieszkał w Dublinie. Chodzi o Adę i Annę. Po 10godz Marcin przyjeżdża do Jacka. Razem zwiedzamy okolice Lublina i Kazimierza Dolnego. Marcin jest podekscytowany urokiem tych staropolskich miast. Wreszcie spotyka sie z Adą i Anią w Milejowie, malej mieścinie przy Lublinie, ale całkiem pozytywnej. Zwiedzają i wspominają stare czasy, kilka piwek i następnego dnia smutne rozstanie...